cover

23 sie SPENCER&marks

SPENCER&marks, czyli Europa na ulicy Wojewódzkiej

Czas leci i nasza sytuacja w UE się zmienia. Jak dzisiaj wyglądamy na tle „starych” i „nowych” członków Unii. Czy są dziedziny naszego życia, w których staliśmy sie prymusami, a w których radzimy sobie gorzej. O tym m.in. będzie można przeczytać w felietonach dr Krzysztofa Łęckiego, socjologa z Uniwersytetu Śląskiego.

Zwykle tytuł felietonu wymyślam, kiedy tekst jest już gotowy. Ten powstawał inaczej. Zaczęło się od katowickiego pubu „”Spencer”. Angielski aktor John Lang zjeździł z mistrzem felietonu kulinarnego Jarosławem Gibasem knajpy całego Śląska. I uznał, że pub Spencer jest najbardziej angielskim z angielskich pubów. Jest najbardziej angielski nie tylko na Śląsku, według Langa wiele pubów w samej Anglii wypada przy nim bardzo blado, jakoś mało angielsko.

Tak się składa, że odwiedziłem w swoim życiu parę pubów na wyspach Brytyjskich i zgadzam się z Langami w zupełności. Potem trafiłem na książkę Włodzimierza Brusa i Kazimierza Łaskiego, dwóch polskich ekonomistów od dawna wykładających w Wielkiej Brytanii. Jej spolszczony tytuł „Od Marksa do rynku” nie oddaje gry słów, którą bawi angielski oryginał – „From Marx to the market”. I wreszcie sklepy sieci angielskiej firmy „Marks & Spencer”, na które teraz trafić można także w Polsce. Moja żona robi w nich niekiedy zakupy, a ich nazwa podsunęła mi pomysł na napisanie najkrótszej historii socjologii „Marks&Spencer”, czyli od socjalizmu do liberalizmu. Chodzi oczywiście o Karola Marksa i Herberta Spencera jako sztandarowych przedstawicieli tych dwu kierunków myślenia o społeczeństwie. Pomysł na najkrótszy w historii socjologii podręcznik firmowany przez „Marksa&Spencera” jest raczej pomysłem na emeryturę, ale ziarno zostało posiane.

Oczywiście katowicki „Spencer” – choć ten akurat zbliża się do ideału – nie jest jedynym lokalem, który na Śląsku, a tym bardziej w Polsce, reprezentuje kuchnie europejskie i światowe (zainteresowanych odsyłam do znakomitej książki Jarosława Gibasa „Śląsk pełną gębą”), ani sklepy „Marks&Spencer” stanowią dobre ilustracje, dla pokazania, jak bardzo stajemy się swojską, a nie egzotyczną częścią Europy. Mała dygresja. Ktoś powiedział, że wszędzie na świecie są restauracje „McDonaldsa”.

Ryszard Kapuściński wykpił tę amerykanocentryczną perspektywę, zwracając uwagę na banalny fakt, że jest jeszcze cała masa miejsc na świecie, gdzie tych restauracji nie ma. Ale tam gdzie są, niech będą normalnym elementem miejscowego krajobrazu. Jeremy Clarckson, gwiazda kultowego programu „Top Gear”, felietonista „Timesa” a od niedawna także sobotnio-niedzielnego wydania dziennika „Polska” napisał, że kiedy mu się chce, to zjada coś w McDonaldsie, a kiedy nie – to nie. Oto miara normalności.

Czy może być inaczej? Ależ może. W pierwszej moskiewskiej restauracji McDonalds rezerwowało się miejsca. I to z dużym wyprzedzeniem. Koniec dygresji. Wejście w struktury Unii Europejskiej zintensyfikowało silnie procesy europeizacji na poziomie najprostszym, ekonomicznym. Ale knajpy i sklepy to nie tylko handel, to także konsumpcja, styl życia i kultura. Maria Czapska napisała książeczkę „Europa w rodzinie”, noblista Czesław Miłosz „Rodzinną Europę” – jak widać zawsze byliśmy w Europie, nie musimy przypominać stale wiedeńskiej wiktorii Jana III Sobieskiego. Ale – zmierzam do problemu, który mnie interesuje – czy inni Europejsczycy czyli sie u nas jak u siebie, w Europie? Otóż myślę, że wątpię. A wejście do Unii Europejskiej to przecież nie tylko ruch Polaków na Zachód („Musimy dojechać z Polski do Europy” – Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury w rządzie Donalda Tuska) to także wędrówki Anglików, Niemców, Francuzów, Włochów, Hiszpanów, Greków do Polski. Te same autostrady, które wiodą na Zachód, wiodą mieszkańców Europy Zachodniej do nas. Powie ktoś, przyjeżdżali tutaj zawsze. To prawda, przyjeżdżali ale nigdy nie w takich ilościach i nigdy nie z takim nastawieniem, że jednak w kraju nad Wisłą jest w miare normalnie, po prostu jak w Europie, jest tak jak na kraj w Unii Europejskiej przystało.

Zbliżają się świę†a, prasa donosi, że podobno kilka tysięcy rdzennych Brytyjczyków szykuje się do przyjazdu nad Wisłę. Na zaproszenie swoich polskich przyjaciół, spędzą święta w Polsce. Czego będą tu szukali – przywiązania do tradycji, wartości rodzinnych, religijności, która u nich jest prawie martwa. Tego, że nasz czas nie jest po prostu naszą erą, ale liczy się od urodzenia Chrystusa. Będą szukali nie tyle prezentów, ale raczej niezapomnianych wrażeń, jakie daje, na przykład, uczestnictwo w tradycyjnej wigilijnej kolacji. Ale nie tylko, bo przecież także w pasterce. To wszystko oczywiście bardzo dla nas miłe i decyduje o lokalnym kolorycie. Ale by ten koloryt był tylko kolorytem, a nie zupełną egzotyką, to fajnie, że przybysze z Wysp – jeśli tylko zechcą – będą mogli wyskoczyć na swojskiego dla nich Guinnessa do katowickiego Spencera na Wojewódzką, gdzie zawsze usłyszeć można wielojęzyczny gwar; albo zaopatrzyć się w prezent w sklepie „Marks&Spencer”, który sprzedaje także w Polsce.

Drobna trudność: Angole ciągle jeszcze będą musiel wymieniać pieniądze – ale tu już się nie czepiajmy. Wszak Brytyjczycy też nie wprowadzili jeszcze Euro. Na koniec proponuję parafrazę Himilsbacha – dobrze, żeby nie trzeba było myśleć o Polsce, że nie dosyć, że drogi powoli budują, to jeszcze pójść ni ema gdzie?